Biegun- Strzał z liścia

strzał z liścia

Mroźny jesienny miesiąc Listopad miał być dla Kedziorków najszczęśliwszym miesiącem tego sezonu biegowego. Sama końcówka- trzeba było tylko wybrać idealny bieg.

Mieliśmy do wyboru Finał Ligi Runmageddon i Biegun.
Mimo, iż Finał zapowiadał się fantastycznie i wybierali się na niego wszyscy topowi zawodnicy, mieliśmy spore obawy. Wiemy, że organizatorzy lubią szokować i mogli zrobić coś na tyle wyjątkowego, co odbije się na zawodnikach. Niestety, podejrzenia się sprawdziły. Wodne przeszkody na trasie w połączeniu z pogodą, spowodowały katastrofę i hipotermię sporej ilości zawodników.

A jak na Biegunie? Ciepło nie było, termometry pokazywały 3 stopnie.  Już kilka miesięcy wcześniej  organizatorzy zapowiadali brak wodnych przeszkód – namówili tym nas! Okazali się małymi kłamczuchami, bo woda była, ale dało się ją omijać(przynajmniej tą od pasa w górę).

 

Trasa

Trasa Listopadowej edycji obejmowała pętlę liczącą 5,5 km. Każdy decydował, ile okrążeń wykona i według tego była klasyfikacja.

Cała trasa była bardzo urozmaicona, zawierała mocne podbiegi i zbiegi. Można było cieszyć się malowniczym klimatem jesieni i licznymi korzeniami ukrytymi pod dywanem z liści. Była to nasza 3 edycja Bieguna. Co ciekawe, mimo, że każda odbywała się w tym samym miejscu(Kolibki Adventure Park), każdy bieg różnił się od siebie diametralnie. Mankamentem biegu była słabo oznakowana trasa. Kilkukrotnie, nie wiedziliśmy czy biegniemy po trasie i wykonujemy przeszkodę prawidłowo. Przykładowo, nauczeni doświadczeniem, czołgaliśmy się pod długim tunelem z szalunków, podczas gdy niektórzy zawodnicy w tym czasie lecieli górą. Nie można mieć do nikogo pretensji, gdyż nie było żadnej strzałki przy tej przeszkodzie, która naprowadzałaby kierunek jej pokonania.

Z kolei Paulinka straciła sporo czasu szukając dalszej części trasy, zdecydowała się wejść w tunel. Próbowała wyjść z niego jak na poprzednich edycjach górą i zobaczyła zabite deskami wyjście. Spanikowała i wyczołgała się z niego myśląc, że pomyliła trasę. Po wyjściu, spotkała pięciu zagubionych zawodników i razem znaleźli prawidłowe miejsce wyjścia.

Przeszkody
Po prostu cudeńko! Nowe przeszkody robiły wrażenie. Na prawdę Biegun wykonał świetną robotę i zaskoczył bardzo pozytywnie! Czapki z głów! Trzeba było nieźle się natrudzić by pokonać je wszystkie!

Trochę o samym biegu…

Atmosfera rewelacja, spora frekwencja. Biegło około 400 osób w startach indywidualnych. Spotkaliśmy dużo naszych znajomych i osób które znamy z IG. Bardzo nas to cieszyło i miło było powspierać się przed startem i wymienić uśmiechami.

Plan był prosty: Robimy maksymalną liczbę pętli czyli 3 i po cichu liczymy na podium.
Gdy zajechaliśmy na miejsce, widzieliśmy jak finiszował Tomasz Danielkiewicz, wygrywając falę elit. Wielki szacun i Gratulacje!
Jednak zaplanowane 3 kółka stanęły pod wielkim znakiem zapytania, gdy zobaczyliśmy jak elita dobiegała wykończona po 2 kółkach z czasem niecałych 2 h. Tylko jednej kobiecie udało się dobiec tym czasie. Więc wyzwanie było świetne!
Stanęliśmy na mecie i zostało tylko zrobić swoje!
Ruszyliśmy ostro. Podbiegi jeden za drugim, spory odcinek z obciążeniem, kolejny podbieg i między zawodnikami widoczne były coraz większe odległości. Byłem na około 10 pozycji. Kontrolowałem puls i lekko zwalniałem, gdy wymagała tego sytuacja. Nie ważne jest jak się zaczyna ważne jak się kończy 🙂 Pokonując kolejne metry i przeszkody, mijałem kolejne osoby. Biegłem z myślą, by trzymać się czołówki, ale oszczędzając się na drugie kółko. Po dłuższym odcinku uregulowałem swój oddech i biegło mi się na prawdę świetnie! Plan realizowany idealnie. Ustawiłem się na trzeciej lokacie, mając w zasięgu wzroku pozostałych 2 rywali. Na horyzoncie pojawiły się doły z błotem, a następnie ruchome podesty. Po zrobieniu 2 pierwszych dołów, ku mojemu zdziwieniu ten kolejny przysporzył mi dużo trudności. Ześlizgiwałem się ciągle do środka. Ja? Serio? Mam prawie dwa metry, a tu proszę! Pomyślałam w tym momencie o Paulince, ale wiedziałem, że ta spryciula poradzi sobie! Na kolejnym podbiegu dogonił mnie jeden zawodnik, pytając : Ilu przed nami? Wciąż było tylko dwóch, więc zmotywowani, pobiegliśmy razem!

Kolejna przeszkoda składająca się z krążków a następnie drewnianych tyczek zawieszonych na linach sprawiła mi dużo problemów. Kolega, który wcześniej mi towarzyszył(szczypior jeden :P) zrobił ją momentalnie, natomiast ja(wielkolud ze słabą koordynacją) mimo, że robiłem ją technicznie prawidłowo, szło mi to mega opornie! Straciłem dużo czasu, a jeszcze więcej sił. Ruszyłem dalej, już na 5 lokacie,  zadowolony gdyż miałem spory zapas sił na drugie kółko, a tam się wszystko rozstrzygnie. Końcówka biegu okazała się bardzo siłowa i w cale nie byłem zadowolony z tego faktu. Mimo, to cały czas udawało mi się utrzymać 5 lokatę w serii, a nawet podgonić moich rywali. Im dalej tym ciężej, chodź każdą przeszkodę udawało mi się pokonać za pierwszym razem. Pozostało już tylko 300 metrów do końca pierwszej pętli, a przede mną  przeszkoda łączona (kilka ścianek, liny, drążki itp.) Znałem ją z poprzedniej edycji. To miała być czysta formalność. Zostały mi już tylko te dwie ścianki i końcóweczka. Ścianki lubię, gdyż przy moim sporym wzroście zawsze udaje mi się gdzieś złapać górnej krawędzi i wciągnąć na górę. Tym razem nie było inaczej. Niewielkie rozbieg, skok i już trzymam górnej krawędzi, wciągam się na rękach, chcę zarzucić nogę… i ten przeszywający ból w pachwinie. Nie wytrzymując z bólu spadłem na ziemię. Minuta, druga, trzecia a ból nie przechodzi… Jedynie widziałem jak kolejne osoby mnie mijają… Serio? Znowu? Kontuzja przeszkodzi mi w wykonaniu celu? Ból nie przechodził, ale byłem już tak blisko. Trzeba było iść dalej. Wybiłem się z jednej nogi, złapałem się górnej krawędzi i jakoś przeturlałem przez te ścianki. Z wielkim grymasem na twarzy doczłapałem się na metę.

Nie będę ukrywał, że wtedy czułem tylko wściekłość i rozczarowanie. To miał być mój bieg. Cały sezon przygotowywaliśmy się na dłuższe dystanse. No nic, ból nie pozwolił mi się długo złościć, trzeba było coś z tym zrobić… I wiecie co? Wtedy w oddali zobaczyłem Paulinkę. Trochę zmęczoną, ale z uśmiechem na twarzy pokonującą ścianki, przy których poległem! Nagle, zamiast rozpoczynać drugie kółko skręciła w moim kierunku, w kierunku mety. Jak to? Co się stało? Zamiast odpowiedzi na to pytanie, sam usłyszałem te same pytanie: „Co się stało Eryk?”. W tym momencie nie byłem wstanie ukrywać, że wszystko jest dobrze. Niestety okazało się, że Paulinka poświęciła wymarzony wynik, pracę wkładaną przez cały rok przez to, że zobaczyła mnie z oddali jak skręcam się z bólu. Wbiła flagę co symbolizowało zakończenie biegu.

Smutni, troszeczkę zawiedzeni wróciliśmy do domu. Mimo mojego 10 miejsca w klasyfikacji generalnej i Paulinki 5 miejsca w klasyfikacji kobiet czuliśmy rozczarowanie.

Tak to już czasami bywa, że nie uda się wykonać zrealizowanego planu. Czytając opinię po niedzielnym Runmageddonie myślę, że dużo zawodników czuło się podobnie.

Po prostu troszkę inaczej wyobrażaliśmy sobie ten ostatni start, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nie jesteśmy maszynami i emocje wygrały!

Przyszły rok będzie jeszcze fajniejszy! Trzeba potrenować, wzmocnić swoją wytrzymałość, porozciągać to co nierozciągnięte, naprawić co się zepsuło i zabezpieczyć przed urazami! Na trening „bez gadania”! 🙂

 

biegun_strzal_z_liscia

You may also like

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *