Orla Perć po raz pierwszy- czyli o zaufaniu i o tym dlaczego dokładnie czytać mapy!

orla perć

Kto obserwuje nas dłuższy czas dobrze wie, że bardzo chcieliśmy zrobić chociaż część szlaku o dumnej nazwie: Orla Perć. Tak też stało się podczas ostatniego pobytu.

Generalnie, ten post miał się nie pojawić. W górach byliśmy już kilka tygodni temu. Jednak często w rozmowach wspominaliśmy ten szczególny dzień i to wcale nie ze względu na to, że zrobiliśmy fragment Orlej Perci. Ten dzień był „wyjątkowy” jeszcze z innych powodów. Pomyślałam, że skoro na nas zrobił takie wrażenie to opiszę go na wspomnienie tych chwil i jakby trochę ku przestrodze.

Tak w skrócie wnioski są takie:

  1. Czytajcie dokładnie mapy i sprawdzajcie dokładnie czy na pewno wszystko idzie zgodnie z planem!
  2. Na górską wędrówkę zawsze dobrze wyposażcie swój plecak, nawet jeżeli planujecie stosunkowo nie trudną bądź nie długą trasę.

A więc jak to było…

dolina pięciu stawów

Dzień zaczynał się wyjątkowo pięknie, słońce od rana dawało o sobie znać. Wcześnie wstaliśmy, bo już o 6:00 byliśmy na śniadaniu. Następnie ruszyliśmy autem w kierunku parkingu Palenica. Na miejscu byliśmy o 7:30. Mimo pięknego słońca, było na razie zimno, więc żwawym tempem ruszyliśmy trasą na Morskie Oko. Po chwili odbiliśmy w prawo na Dolinę Pięciu Stawów. Kierunkowskaz wskazywał pokonanie trasy w 2:10h. Udało nam się tam dotrzeć w 1,5 godziny. Zrobiliśmy przerwę w Schronisku na kanapeczki i kolejną kawę.

Posileni ruszyliśmy w kierunku na Zawrat, w połowie odbijając na Kozi Wierch .O tym co dalej, mieliśmy zdecydować na górze(w zależności od sił i pogody). Uważam, że przy takiej kontroli to dobre rozwiązanie. Znamy siebie i nie poddajemy się mimo zmęczenia. Ta zasada może nie sprawdzić się w wypadku osób, które często w wyniku zmęczenia się zniechęcają. Wtedy wiadomo, łatwiej podjąć decyzję o skróceniu trasy niż jej kontynuowaniu.

orla perć

Trasa na Kozi Wierch już na początku była dosyć męcząca, dodając fakt, że narzuciliśmy niezłe tempo, stała się bardzo wymagająca. Moje tętno mierzone w zegarku tego dnia było zadziwiająco wysokie, ale szliśmy konsekwentnie. Było cudownie. Słoneczko nas grzało, zmęczenie wysokie, ale uśmiech nie schodził nam z ust. Towarzyszyły nam piękne widoki i co chwilę podziwialiśmy krajobraz. W jednym momencie lekko się przyblokowałam- na sporej płycie skalnej. Jeden ze wspinaczy podpowiedział, by stawiać całe stopy noskiem buta w kierunku góry. I takim sposobem bezpiecznie, jednak bez asekuracji rąk przeszłam na drugi koniec płyty. Dalej było już spokojniej, ale wymagająco. Gdy doszliśmy na szczyt, odetchnęliśmy! Mieliśmy kilka chwil by delektować się pięknym widokiem, gdyż chmury powoli zasłaniały nam widok. Zjedliśmy posiłek i Eryk zaczął obliczać drogę powrotną we współpracy z mapą. Mieliśmy zapas, więc mimo zachmurzenia postanowiliśmy nie uciekać, tylko zrobić kolejny fragment szlaku Orla Perć.

zawrat

Na początku przejrzystość była wyjątkowo słaba. Jednak płyty skalne były nisko ułożone i szliśmy pod górę(Żleb Kulczyńskiego), zastanawiając się co zobaczymy po drugiej stronie.

Mimo, że wcześniej obejrzeliśmy tysiące zdjęć z tego szlaku, to co zobaczyliśmy na żywo zatkało dech w piersiach. Przepaść, mokre skały i dosłownie ściana w dół. Na tym odcinku musieliśmy zachować szczególną ostrożność. Bardzo łatwo się poślizgnąć. Trzeba uważać również na często spadające kamienie: warto wtedy sygnalizować to ludziom poniżej i zachować trzeźwy umysł. Powolnym krokiem zaczęliśmy schodzić, dokładnie sprawdzając stabilność skały czy kamieni o które się zapieraliśmy. Sympatyczna ekipa 4 osób, bardzo dodała nam otuchy. Dawali ciekawe wskazówki i ich podpowiedzi okazały się bardzo skuteczne. Jedynie co nas zaniepokoiło to trasa, którą później zamierzali schodzić. Była zupełnie inna niż nasza. Coś zaczęło nam nie pasować.

orla_perć
orla perć

Jednak na razie skupialiśmy się nad tym by bezpiecznie zejść. Doszliśmy do kilkunastometrowego komina z łańcuchami. Poruszaliśmy się zupełnie w pionie. Na tym odcinku odczuliśmy, że mocne ręce przydają się w górach.

orla_perć

Po zejściu łańcuchami, trasa zrobiła się spokojniejsza. Doszliśmy do Koziej Dolinki, a schodząc poniżej, naszym oczom ukazało się cudowne miejsce! Pod ścianą Małego Koziego Wierchu znajdowało się malutkie, ale bardzo urokliwe jeziorko. To Zmarzły Staw(nazywany również Zmarzłym Stawem Gąsienicowym), leży na wysokości 1788 m n.p.m. Podobno jest zamarznięty przez większość roku, jedynie w okresie wakacyjnym można go zobaczyć w takiej okazałości. Przepiękne miejsce – sami zobaczcie!

zmarzniety_staw

Tam zjedliśmy kolejny posiłek, odpoczęliśmy, miło porozmawialiśmy iiii…zerknęliśmy na mapę! Doznaliśmy małego szoku. Okazało się, że wcześniej wyliczając trasę Eryk nie zauważył dosłownie malutkiego odcinka na trasie, niestety był krótki, ale wymagający. Jego prognozowane pokonanie to 1,50h.

Właśnie o ten odcinek byliśmy w tyle! Musieliśmy zmienić trasę na krótszą, by wyrobić się przed zmrokiem. Rozpędziliśmy nóżki i żwawo ruszyliśmy dalej.

orla perć

Gdy doszliśmy do Schroniska Murowaniec, zastanawialiśmy się chwilkę czy nie zostać na noc. To była najwygodniejsza i najbezpieczniejsza opcja. Jednak Eryk zapewnił mnie, że szybkim tempem jesteśmy w stanie wrócić przed zmrokiem. A w domku czekali na nas znajomi i chcieliśmy spędzić ten wieczór z nimi.

Pozostało nam nic innego jak pokonać trasę jak najszybciej! Trasa od Murowańca prowadziła przez las, wszędzie leżały połamane gałęzie i było błotko. Momentami miałam łzy w oczach z bezsilności i złości. Szliśmy w milczeniu, a ja myślałam już tylko o ciepłym domku i jakimś porządnym ciepłym posiłku. Spokojnie, jedzonko mieliśmy- w tym momencie świetnie sprawdzały się nam orzechy i rodzynki. Eryk podkarmiał mnie co chwilę. Gdy zaczęłam rozpoznawać okolicę, uspokoiłam się i atmosfera zrobiła się weselsza. Udało się nam zdążyć przed całkowitą ciemnością. Tylko ostatni leśny odcinek wymagał dodatkowego oświetlenia.

Powiem Wam tak: to był jeden z najbardziej stresujących dni w górach. Takie wspólne przygody cementują związek! Po dłuższym czasie wspominamy to jako bardzo wyjątkową przygodę, jednak tamtego dnia momentami nie było nam do śmiechu. Gdy po wielu godzinach wędrówki, zobaczyliśmy nasze autko czuliśmy się wygrani! Jakbyśmy przebiegli maraton wspólnie w tempie 2:30. Taka euforia i satysfakcja!

Jaki morał z tej wycieczki?

Przede wszystkim dobrze planujcie trasę i zawsze bierzcie więcej jedzonka ze sobą w razie przygód! Po więcej wskazówek zapraszam na ważny post, który powstał po opisanej wyżej przygodzie – Co zabrać ze sobą w góry na jednodniową wycieczkę?

orla perć

You may also like

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *